- Hey lady, 2 magnets - one dollha
- 10 postcards - one dooollhhaaa, look i have: one, two, three, four, five, four, five, six, seven, eight, nine, ten
- No money do go to school
- Give me one dolllhaaaa
Obserwatorzy
czwartek, 16 listopada 2017
O hegemoni dolara [Maciek]
niedziela, 12 listopada 2017
12.11 Bangkok i... Bangkok jeszcze raz!
Rano okazało się, że lot jest przesunięty na 15. Hmm... Uznaliśmy, że jest szansa na szybką rundkę po mieście tuk-tukiem. Ale i tak się to niebardzo udało, bo były jakieś uroczystości królewskie przy pałacu królewskim, wiec nabiegalismy się tam a nic nie zobaczyliśmy.
Powrót do hostelu, prysznic, pakowanie i kolejką na lotnisko. Na miejscu okazało się, że nie ma sensu lecieć do Moskwy i tam nocować, wiec zaproponowano nam ten sam lot ale jutro. Do tego hotel oczwiscie i wyżywienie. Zgodziliśmy się. Resztę dnia spędziliśmy w hotelu. Zobaczymy czy jutro wszystko pójdzie dobrze... oby .
11.11 Luang Prabang i Bangkok
Dzień zaczęliśmy wcześnie...pobudka po 5, celem zobaczenia porannej tradycji zbierania jałmużny przez mnichów. Mnisi zaczynają swoją wędrówkę po mieście o świcie. Widok ciekawy a zarazem przykry, ponieważ hordy turystów pstrykają fotki z fleszem tuż przed ich twarzami, jakby robili zdjęcia zwierzątkom w zoo.
Potem poszliśmy spać dalej;). Ok. 9 druga pobudka, śniadanie, przeliczenie budżetu, ponieważ to już ostatnie godziny w Laosie.
Ruszyliśmy w miasto. Najpierw pałac królewski. Warto zobaczyć z zewnątrz. Muzeum w środku drogie i mało ciekawe. Następnie poszliśmy brzegiem Mekongu w stronę najważniejszej świątyni w mieście - Wat Xieng Thong. Na koniec szybkim krokiem z powrotem w rejon naszego hoteliku, obiad za ostatnie pieniądze i tuk-tuk na lotnisko. Lot przebiegł szybko i milo.
W Bangkoku wylądowaliśmy o 17. Wzięliśmy taxi do naszego hostelu, z racji soboty straszne korki w mieście. Jechaliśmy grubo ponad 1h! Prysznic, chwila oddechu i ruszyliśmy na one-night-in-Bangkok. Miasto niestety nie było dla nas łaskawe. Zaczęło się od kolacji w jakieś lokalnej, dużej restauracji, która okazała się również barem z koncertem na żywo. Huk niemilosierny, że nie dało się rozmawiać siedząc przy jednym stoliku. Potem sałatka z papaji, która miała być nieostra (mówiłem po ang. i tajsku). Dalej problem z rachunkiem, kelnerzy którzy pojawiali się i znikali, nie mówiący po angielsku. Porażka jednym słowem.
Kolejna atrakcyja - bar na 59 piętrze - Red Sky. Widok niesamowity, podobnie jak ceny. Np. 90zl za 1 drinka. Skończyło się na 2 soczkach i czekoladzie.
Na koniec wieczoru jeszcze zahaczyliśmy o niesławna ulice Soy Cowboy.
Po powrocie okazało się, że nasz lot jest opóźniony 2h...
piątek, 10 listopada 2017
10.11 Luang Prabang
Dzień zaczął się leniwie od herbaty i wspólnej narady, co by tu dziś porobić. Stanęło na zwiedzaniu miasta... Zaczęliśmy oczywiście od poszukiwania śniadania. W międzyczasie zaczepil nas kierowca mini-vana czy nie chcemy nad wodospad pojechać. Z racji, że i tak mieliśmy to w planach, zgodziliśmy się.
Śniadanie zjedliśmy w jednym z chyba 20 takich samych stoisk obok siebie (przy ulicy).
Nad wodospad jechaliśmy prawie godzinę. No i warto było. Najładniejsze wodospady tej wyprawy! Kilka poziomów małych wodospadów, przy których można się kąpać, oraz jeden główny. Spędziliśmy tu 2.5h.
Po powrocie do miasta, weszliśmy na najwyższe wzniesienie ze świątynia Phou Si oraz super miejsce do oglądania zachodu słońca.
Na koniec drobne zakupy na nocnym markecie i znowu posiadowka w Utopii.
O potędze nicnierobienia [Maciek]
Oficjalna nazwa Laosu to Lao People's Democratic Republic. Laos PDR często rozwijane jest przez lokalnych i pogodzonych już z życiem turystów jako Please Don't Rush.
Myśleliśmy że w Kambodży ludzie są leniwi. Jednak Laos pod względem wyluzowania to jest światowa czołówka. Gdyby nicnierobienie byli dyscypliną olimpijską to Laos zgarniałby wszystkie medale. No ale to by trzeba zgłaszać do MKOLu, papiery wypełniać, starać się. Więc na razie waleczni Laotanczycy trenują tylko na swoim podwórku w nadziei, że ktoś zgłosi to za nich. Może ten tekst zapoczątkuje szlachetny ruch nicnierobienia na światową skalę.
W Kambodży oburzalismy się że w nawet turystycznych miejscach ludzie słabo mówią po angielsku. Laos wyniósł to na nowe poziomy. Zajechalismy na wyspę Don Det, główne miejsce sławnego 4000 Island na mekongu, miejsca które m wszelkie papiery, żeby ściągać rzesze turystów. Z poprzednich wypraw przywyklismy to ataku ludzi wciskajacych Ci nocleg zanim dobrze zdążysz stanąć na lądzie. Na Don Decie przywitały nas 2 psy które też nie za bardzo próbowały wcisnąć nam swoje usługi łaszenia i żebrogłasków. Pomyślelismy że może taki zapieprz w apartamentach że nie ma kto nagabywac. Udaliśmy się więc na chybił trafił poszukać czegoś. W każdym ośrodku największym wyzwaniem było.. znalezienie kogokolwiek. Szliśmy krzycząc sabadieeeee (laotanskie hello, koniecznie przeciągle miauczenie na końcu niczym kot w pralce) w nadziei że ktoś nas usłyszy. Moglismy sobie zaglądać do pokojów, bawić na recepcji, zakładać strój hipopotama I biec przez pola pszenicy. Nic. W końcu jakieś dziecko zaciekawione białasem wyhyneło za winkla, porwalismi je I zagrozilismy że przeczytamy jej całe Nad Niemnem jeśli nie zaprowadzi nas do swoich rodziców. Zawsze działa. Potem już krótka standardowa wymiana zdań
- Do you have room for 3 people?
- Yes
- With air-con?
- Yes
- How much is it?
- Yes
- So how much?
- eee No?
Żeby wiedzieć że jesteśmy w punkcie wyjścia. Piotr zaczął wyciągać kieszonkowe wydanie Orzeszkowej żeby wiedzieli że z nami to nie przelewki. W końcu w pidgin English dobijamy krwawego targu. 110k Kip I 2 tomiki Słowackiego za 2 łóżka i 3 kurczaki.
Jedziemy sobie na motorkach przez płaksowyż Boulaven. Wszyscy jadą według mapy i wskazówek Pana Belga wynajmującego skuterki. A mapa mówi że mniej więcej w połowie jest fabryka jedwabiu i herbaty, brzmi jak dobry pomysł na chwilowy odpoczynek dla wytrzesionego tyłka. Zajeżdżamy. Nikogo nie ma. Zaczynamy chodzić sobie swobodnie po fabryce gdzie cześć maszyn chodzi sama bez nadzoru. Zaczynają nam się przypominać wszystkie początki horrorów jakie widzieliśmy. Zaczęliśmy się kłócić kto będzie odwlokiem w ludzkiej stonodze jeśli to będzie jednak ta wersja horroru. Zaczalem zagłębiać się coraz dalej w głąb fabryki przeciągle krzycząc sabadieeeee. W końcu przez szybke w jednym z pokoikow zauważyłem laotanczyka w swoim naturalnym środowisku : śpiącego na hamaku. Zastanawiałem się na początku czy jeśli go zbudze to czy nie zwale sobie na łeb komanda Greenpeaceu. Ale chęć posiadania zielonej herbaty z Laosu wygrała. Postukalem w szybke, zaśpiewalem kiedy ranne wstają zorze, I jakoś dobudzilem gostka. Na migi wytłumaczyłem mu czego potrzebujemy, bo jego angielski kończył się na.. nie on się nawet nie zaczynał. Dobicie targu było pewnym wyzwaniem ale najważniejsza umiejętnością na wyprawach są kalambury. Moim zdaniem to powinien być obowiązkowy przedmiot na maturach. Nie chcecie nawet wiedzieć jak kupowałem w aptece elektrolity na sraczkę dla Piotra..
Drugim po łan dolllhaaa najczęściej słyszanym słowem w Azji jest tuktuk. Gdziekolwiek jesteś, cokolwiek się stanie, zawsze jest Pan że swoim motorkiem jakąś dobudówką do niego gotowy Cię przewieźć nawet 300m dalej. Przechadzając się po ulicach słyszy się miarowo wypowiadane tuktuk? Hello ser, tuktuk? W Laosie tuktukarze roziweszaja sobie hamaczki w tuktuku I jeśli akurat będzie na tyle rozbudzony to spyta się na wpół ziewajac : tuktuk? Poczym znów zasypia.
Bo turystów trzeba umieć sobie wychować. Jak turysta będzie coś chciał to zapyta, i obudzi najpierw, I znajdzie wcześniej.
Bo nicnierobienić to trzeba umieć.