Zgodnie z ustalonym planem przejazdu dzień wcześniej, udaliśmy się na stację i pojechaliśmy kolejką na północ kilka przystanków. Potem, zgodnie z przypuszczeniami, nasza karta nie działała na kolejny odcinek. Chcieliśmy kupić bilet w automacie, ale mapka z rozkładem cen była wyłącznie po japońsku. Chyba byliśmy w zupełnie nieturystycznym miejscu... Pomógł nam na migi przypadkowy przechodzień. Z biletami w rękach, szybko wskoczyliśmy do odpowiedniego pociągu. Po kolejnych 20min. mieliśmy znowu przesiadkę. Chcieliśmy wejść do kolejnego pociagu, ale okazało się, że trzeba mieć rezerwacje miejsc. Innymi słowy, nasz karnet tego nie obojmuje. Tak, w Japoni jest wszystko zorganizowane... jakoś. Mieliśmy już serdecznie dość tego kraju. Posiadając turystyczny bilet na 5 dni, nie byliśmy się w stanie sprawnie dostać do turystycznego miejsca, bo nie dostaliśmy żadnego narzędzia do wyszukiwania połączeń, które moglibyśmy używać. Google maps wyszukuje dobrze połączenia, ale bez w rozróżnienia, które możemy używać. Wkurzyliśmy się więc na Japonię i postanowiliśmy nie dopłacać po 80zł do wycieczki.
Poszliśmy na kawę w oczekiwaniu na "nasz" pociąg. Chyba udało się nam rozpracować obowiązujący system. O 11:15 wyruszyliśmy dalej i po 15min. znowu przesiadka.
Dotarliśmy do Nikko, małej, górskiej miejscowości. Była 13:20. Późno, biorąc pod uwagę, że z hotelu wyszliśmy około 9 rano, a do przejechania mieliśmy tylko 130 kilometrów. Pani w informacji turystycznej idealnym angielskim wytłumaczyła nam, co możemy zobaczyć w naszym ograniczonym czasie. Zdecydowaliśmy się na główną atrakcję, czyli mauzoleum pierwszego szoguna Ieyasu Tokugawy, Tosho-gu.
Za czasów szogunów szintoizm i buddyzm się ze sobą mieszał, czego odzwierciedleniem był mieszany charakter świątyń. Dopiero w epoce Meji spróbowano rozdzielić te religie.
Do świątyni szliśmy wysadzaną cedrami aleją. Aleja znajduje się na liście rekordów Guinnessa jako najdłuższa aleja na świecie. Droga prowadziła stale pod górę.
Przeszliśmy koło pięciopiętrowej pagody, aż do bramy Yomei-mon.
Po drodze widzieliśmy rzeźby trzech małpek, które nie widzą, nie słyszą i nie mówią zła.
Były też przedstawione słonie. Przeczytaliśmy wcześniej, że rzeźbiarz nie widział nigdy słonia i opierał się na opisach zwierzęcia. Słonie faktycznie wyglądały, jakby ktoś znał je tylko ze słyszenia.